Zgodnie z komunikatem Światowej Organizacji Zdrowia choroba Covid -19 uznana została za pandemię. Jakkolwiek specjaliści przekonują, że koronawirus nie jest dla organizmu ludzkiego bardziej niebezpieczny niż wirus grypy, to obserwując zmieniającą się z godziny na godzinę rzeczywistość trzeba stwierdzić, że koronawirus w tempie ekspresowym infekuje gospodarkę.

Z każdym dniem przekonują się o tym przedsiębiorcy kolejnych branż, przede wszystkim transportowej, produkcyjnej, motoryzacyjnej i turystycznej. Zanikający w błyskawicznym tempie popyt przekłada się na kłopoty w regulowaniu zobowiązań. Odwołanie targów motoryzacyjnych w Genewie,  dzisiejszy (11.03.2020 r.)  spadek WIG 20 największych polskich spółek o prawie 6 punktów procentowych, masowo odwoływane imprezy, zamykanie placówek użyteczności publicznej oraz ograniczenia w dyspozycyjności pracowników to zjawiska, które praktycznie z każdego przedsiębiorcy czynią zagrożonego niewypłacalnością już dzisiaj, bez względu na to, czy ma jakiekolwiek nieuregulowane zobowiązania finansowe.

Czy chroniąc firmę przed upadłością należy postępować analogicznie jak w przypadku unikania samego zakażenia wirusem, czyli zachować spokój, w miarę możliwości nie podejmować zbędnej aktywności  i zaufać administracji rządowej oraz wprowadzanym na bieżąco aktom prawnym minimalizującym skutki pandemii?  W mojej ocenie nie. Ochrona przedsiębiorstwa przed bankructwem wymaga ekspresowych i zdecydowanych działań oraz wystąpienia z własną inicjatywą. Wszelkie zapowiadane, a nawet wprowadzane instrumenty niwelowania gospodarczych skutków pandemii mają do siebie to, że jako instrument powszechny będą stanowić wsparcie na tylko minimalnie odczuwalnym poziomie. Zaryzykuję stwierdzenie, że w dniu dzisiejszym zdecydowana większość europejskich, w tym polskich przedsiębiorstw spełnia kryteria niezbędne do objęcia postępowaniem sanacyjnym. Należy zauważyć, że jest to obecnie jedyny instrument prawny pozwalający skutecznie zminimalizować ryzyko upadłości, m.in. przez możliwość niskokosztowej redukcji zatrudnienia, odstąpienia od niekorzystnych umów, uniemożliwienie wszczęcia egzekucji, a jednocześnie blokujący wypowiedzenie umów leasingu.

Mam świadomość, że rozważania w powyższym nurcie mogą zostać ocenione jako czynione na wyrost. Tym niemniej towarzyszy mi głębokie przekonanie, którym chcę się podzielić, że w walce ze skutkami istniejącego kryzysu znajdzie potwierdzenie zasada  „kto pierwszy ten lepszy”. Można to zobrazować na przykładzie umowy o świadczenie usług przewozu. Na przedsiębiorcę, który nie wykonał swoich zobowiązań, choćby z powodów obiektywnych, zapewne będą nakładane kary umowne. Jednocześnie brak płatności rat leasingowych spowoduje wypowiedzenie umów i uruchomienie standardowo wystawianego weksla. W kumulacji z narastającymi zobowiązaniami wobec pracowników przedsiębiorca może stać się w ciągu kilku dni niewypłacalny, a w oczekiwaniu na wyjaśnienie sytuacji rynkowej stan niewypłacalności będzie się pogłębiał. W tych samych warunkach inne, konkurencyjne przedsiębiorstwo działające w obliczu tożsamych warunków rynkowych jest w stanie nie dopuścić do wypowiedzenia umów leasingu, wstrzymać egzekucję nawet już nałożonych kar umownych, a jednocześnie zoptymalizować strukturę zatrudnienia. Nie można też wykluczyć, że w perspektywie kilku miesięcy, gdy rynek zacznie podnosić się z kryzysu, przedsiębiorstwo takie będzie zdolne wykupić majątek swojego mniej zapobiegliwego konkurenta, choćby w jego postępowaniu upadłościowym obejmującym pre-pack, tj. uproszczonej formule i w stanie wolnym od obciążeń.

Tym samym warto mieć świadomość, że w dzisiejszej nietypowej sytuacji szczególnej wymowy nabiera powiedzenie „czas to pieniądz”.